Reklama

Brazylijczyk odnalazł rodzinę pod Łęczną

Opublikowano: pt, 4 sty 2019 17:09
Autor:

Brazylijczyk odnalazł rodzinę pod Łęczną - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Marcel porządkował wiadomości mailowe. Jedna z nich w języku portugalskim okazała się na tyle rewelacyjna, że natychmiast wyskoczył z pokoju budzić ojca - Tato czy my mamy rodzinę w Brazylii?! 

Był rok 1927, kiedy Józef Gajosz ze wsi Ostrówek z rodziną przemierzył ocean, by w dalekiej Brazylii szukać szansy na lepsze życie. 90 lat później jego wnuk odnalazł w powiecie łęczyńskim krewnych, z którymi kontakt urwał się dziesiątki lat temu.

Rodzinie Józefa udało się szczęśliwie przetrwać 40-dniowy rejs statkiem, kiedy jednak dotarli do nowej ojczyzny, okazało się, że wszystkie opowieści o dobrach, które tu ich czekają dalekie są od prawdy. Dostali od brazylijskiego rządu kawałek lasu w stanie Rio Grande do Sul, siekierę, jedną na trzech mężczyzn, i dalej musieli radzić sobie sami. - Uczyli się od ptaków i zwierząt tego, co w lesie nadaje się do jedzenia, tak tam było dobrze - opowiada jego historię mieszkająca w Łęcznej Urszula Dudek z domu Gajosz, wnuczka brata Józefa. - Oszukano ich, a pieniędzy na powrót nie było - mówi z żalem.

Serce mu pękło z tęsknoty za Polską

Jej dziadek Jan prowadził z bratem korespondencję, jednak ta nie przetrwała do dzisiaj, nie wiadomo co się stało z listami z Brazylii – opowiada pani Urszula. - Józef nie cieszył się długo obczyzną, zmarł w rok po przybyciu do Ameryki Południowej. Serce mu pękło z tęsknoty za Polską – mówi pani Urszula. Żona Józefa, Marcela, została sama z trójką dzieci. To ona, a później Mieczysław przechowywali listy z Polski.

Mijały lata...

Syn Gajoszów miał zaledwie cztery lata kiedy opuścił Polskę, nie zapomniał jednak języka. Później nauczył swojego syna Sergio mówić w języku przodków mimo, że posługiwanie się nim, i w ogóle jakimkolwiek innym niż urzędowy portugalski, stało się w Brazylii zakazane. Mijały lata, dwie gałęzie rodu Gajoszów, ta w Polsce i ta w Brazylii, żyły osobnym życiem nic już prawie o sobie nie wiedząc. Po śmierci ojca, jedynego łącznika z Polską, Sergio podjął próbę odnalezienia rozdzielonej niemal wiek temu rodziny.

W dobie Internetu

Cztery lata temu Sergio Gajosz wpisał w wyszukiwarce Facebooka imię i nazwisko swojej babki Marceli Gajosz, wyświetlił mu się profil Marcela Gajosza z Polski. – Marcel to syn mojego brata – wyjaśnia pani Urszula -  mieszka tutaj w Ciechankach. Sergio napisał do niego wiadomość, niestety tekst był w języku portugalskim, bo wnuk Józefa z trudnością pisze po polsku. List trafił do spamu... Niemal rok później Marcel porządkując wiadomości postanowił przyjrzeć się mu bliżej. - Jego treść okazała się na tyle rewelacyjna, że natychmiast wyskoczył z pokoju budzić ojca – relacjonuje pani Urszula. - Tato czy my mamy rodzinę w Brazylii?! – wołał. Usłyszał jednak: Daj mi spokój, godzina pierwsza w nocy, a ty mi głowę zawracasz. Następnego dnia pytał na nowo: Tato, kto to jest? – Nie wiem – mówił ojciec - słyszałem, że brat dziadka po pierwszej wojnie światowej wyjechał z rodziną do Brazylii, bo tutaj była straszna bieda. Ale czy oni żyją czy nie, nie wiadomo. Rodzina postanowiła udać się do córki Jana, dziś już 88-letniej Celiny, ona potwierdziła, że rzeczywiście tak było.

Kupił bilet do Polski

Przez kilka lat trwały konwersacje na Messengerze. -  Z Sergiem rozmawiał Marcel, mój brat i bratowa – tłumaczy pani Urszula. - Kiedy powiedział, że chce przyjechać do Polski to wydawało się nam to niemożliwe, nierealne. A kiedy napisał, że już kupił bilet to wszyscy byliśmy w szoku. - Sergio mówi starą polszczyzną. Jak przyjechał do Polski to nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu, jakby Kargula i Pawlaka słuchał – dopowiada Tomasz, mąż Urszuli.

Przyleciał w sierpniu

Bał się lecieć samolotem, nie znał dobrze języka, zastanawiał się czy, aby na pewno ktoś będzie na niego czekał na lotnisku. Przezwyciężył jednak te lęki i poleciał do ludzi, których znał tylko z Internetu. - Na Okęciu czekała na niego rodzina z transparentami – opowiada wzruszona pani Urszula. "Jak zobaczyłem ich trzych to ogromnie się ucieszyłem, do końca życia będę pamiętał powitanie tej rodziny" – mówi pani Urszula przytaczając sposób mówienia Sergia. - Przyjechali do Ciechanek, gdzie mieszka mój brat – kontynuuje. - Zastanawialiśmy się czym go powitamy? Chlebem i solą? Może nie ma pojęcia co to za zwyczaj? Wzięliśmy flagę Polski, czarny marker i pojechaliśmy. To były niesamowicie wzruszające chwile i widać było, że Sergio jest szczęśliwy.

Sergio odwiedził wszystkich w rodzinie

- Z mężem i córką Gabrysią zastanawialiśmy się, co mu u nas pokazać? Zabraliśmy go do Zamościa, do Lublina na Majdanek, a także nad nasze jeziora. Pojechaliśmy do brata do Płocka, który od tych kilku lat utrzymuje z nim kontakt internetowy. Po drodze zajrzeliśmy do Warszawy, zwiedziliśmy Stare Miasto i Wilanów. Sergio prawie nie zna historii Polski, płakał w Warszawie, nie wiedział jak straszny był los Polaków w czasie II wojny światowej. Z najstarszą siostrą zwiedził Kraków, był także w Częstochowie. Kiedy pytaliśmy go czy nie jest zmęczony tym maratonem, powiadał, że chce tu zobaczyć jak najwięcej. Polska bardzo mu się spodobała, podziwiał nasze drogi, dziwił się, że są takie ładne i proste, "bez dołów i górów", i że nie ma dziur.

Radzono mu, żeby zabrał do Polski dwa żołądki

- Wszystko go tu interesowało, wszystkiego tu próbował, zwłaszcza typowo polskich potraw, których nie znał, a był to: bigos, sałatka jarzynowa, kotlety mielone, placki ziemniaczane, placek drożdżowy i wiele innych – wymienia pani Urszula. – Mówił, że nigdy tak dużo nie zjadł i nie wypił jak w Polsce. Kiedy się spotkaliśmy zaproponowałem, że walniemy sobie po kielichu "na jedną nóżkę" – opowiadał pan Tomasz – Sergio był zdziwiony, nie znał tego toastu, ale najbardziej podobało mu się nasze "na zdrowie". Dostaliśmy od niego tradycyjną brazylijską Cachaçę, on zaś chciał koniecznie zawieźć do domu naszą Żubrówkę. Kiedy wybierał się do Polski radzono mu, żeby zabrał ze sobą dwa żołądki, bo Polacy są bardzo gościnni. Jak nie dał rady jeść to mówił: "Już nie mam placu". - Gdyby został jeszcze miesiąc, zabralibyśmy go na wesele w rodzinie – dopowiada pan Tomasz - wtedy dopiero nie miałby "placu".

Dostał mnóstwo pamiątek

- Wyjeżdżając mówił, że jest spokojniejszy, bo zobaczył, że każdy ma tutaj swój dom, i że nie cierpi niedostatku – relacjonuje ze wzruszeniem pani Urszula. Cytując go mówi: "Ja już się nie martwię, że mata źle, bo ja wim, że mata dobry dom, każdy ma dach nad głową, ma robotę, ma co jeść". Dostał mnóstwo pamiątek: kaszę manną, bo tam nie ma, bursztyny na nalewkę, "Kuchnię Polską" i "Encyklopedię" z podstawowymi informacjami o naszym kraju. Córka Gabrysia podarowała spódnicę góralską dla Priscilli, jego córki, obie są w jednym wieku, już się poznały przez Messengera.

Jak przyjedzie

- Już po powrocie do Brazylii powiedział mi – tłumaczy pani Urszula – że nigdy nie zdarzyło mu się doświadczyć tak wielkiego uczucia żalu jakie przeżył opuszczając Polskę. Pytał brata jakby to było, gdyby zamieszał tutaj z rodziną. On się tu po prostu w Polsce zakochał. A ja mówię, widzicie, my ciągle biadolimy, że gdzieś jest lepiej. Inaczej to jest, ale lepiej na pewno nie.

Sergio chce także odnaleźć rodzinę ze strony babki. W urzędzie gminy w Puchaczowie pani Urszuli udało się ustalić jej nazwisko rodowe: Marcela Gajosz z domu Przychodaj. Druga gałąź rodziny wywodzi się z Wierzbicy. Kto wie, może i oni się odnajdą - zastanawia się pani Urszula.

Zdjęcie

Pierwszy dzień w Polsce. Sergio (drugi od prawej strony) z polską rodziną w Ciechankach. Dostał od rodziny Urszuli Gajosz flagę i marker, by zapisywać na niej każdego członka rodziny, którego tu pozna.

Marzena Olędzka

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE